zamknij
REKLAMA
Fot. Harley LiveWire - materiały prasowe

Motoryzacyjni zapaleńcy pewnie nie chcą o tym słyszeć, ale koniec silników benzynowych na rynku aut i motocykli może być bliski. A za 18 miesięcy jednoślady zrobią kolejny krok w bardziej ekologiczną stronę mocy. Na rynku pojawi się bowiem elektryczna wersja… Harleya-Davidsona. e-Motocykl tej akurat marki prawdopodobnie zostanie odczytany jako szczególnie bolesny cios. Czy jednak tak naprawdę nowy napęd zmieni coś w charakterze pojazdu?

Inżynierowie firmy Harley-Davidson musieli złapać bakcyla zelektryfikowanej motoryzacji. Marka nie od dziś myśli bowiem o napędzanym prądem jednośladzie i nie od dziś planuje wprowadzić go do sprzedaży. Pomysł po raz pierwszy pojawił się na arenie międzynarodowej już w roku 2014, a wszystko za sprawą prezentacji projektu LiveWire. Koncept nigdy nie wszedł do produkcji, ale zaprezentował alternatywną i całkiem realną wizją motocykla. Dysponował mocą 75 koni mechanicznych i miał być wyposażony w 7-kilowatogodzinową baterię gwarantującą zasięg 85 kilometrów.

Choć niedługo po prezentacji o LiveWire zrobiło się raczej cicho, dziś ze stuprocentową pewnością można powiedzieć, że inżynierowie o projekcie nie zapomnieli. Czy to właśnie on stał się podstawą prac, które za półtora roku zaowocują wprowadzeniem fabrycznej wersji elektrycznego motocykla? Tego nie wiadomo i co więcej, w chwili obecnej nie da się tego sprawdzić. Harley nie chce psuć klientom niespodzianki. Na razie nie ma zatem zamiaru dzielić się szczegółami technicznymi opracowywanego właśnie jednośladu.

Agresywnie inwestować w elektromobilność – nowe motto Harleya

W jednej kwestii fani motocykli nie powinni mieć żadnych złudzeń. Elektryczny Harley z całą pewnością ujrzy światło dzienne i nie będzie to ostatni produkt tego typu w portfolio producenta. Marka deklaruje bowiem, że jeszcze agresywniej zacznie inwestować w elektromobilność. Czy jednak Harley buczący jak tramwaj podczas przyspieszania nadal będzie Harleyem? Czy uciszenie dwucylindrowego silnika V nie odbije się na charakterze amerykańskiej legendy? Nie ma się co oszukiwać, ale część klimatu marki musi ulecieć. A to prowadzi w prostej linii do kolejnego pytania, a mianowicie jak zniosą to fani Harleya? Wszystko na to wskazuje, że będą po prostu wściekli.

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ  Bridgestone Turanza T005 - mistrz mokrej nawierzchni?

Harley-Davidson od lat kojarzy się z nieco oldskulową stylizacją oraz głośno, ale i rasowo pracującym silnikiem. Na poziomie mentalnym stał się synonimem prawdziwie męskiej przygody. A tej niestety raczej nie da się przeżyć na jednośladzie, który bardziej niż o pasję motoryzacyjną, martwi się o brak spalin wydobywających się z rury wydechowej. Być może elektryfikacja jest przyszłością także i motocykli. Harley nie może się jednak łudzić – zabije dużą część charakteru motocykla i może wymagać wymyślenia koncepcji marki prawie na nowo.

Elektryczny Harley – co da ten projekt marce?

Oczywiście jak to w życiu bywa, nie wszystko w kwestii prezentacji elektrycznego motocykla przez Harleya jest transparentne. A jak nie do końca wiadomo o co chodzi, to może chodzić o pieniądze. Amerykańska marka choć cieszy się wielką legendą w świecie jednośladów, ostatnio nie ma powodów do wielkiej radości. Jej wyniki sprzedaży są po prostu przeciętne. W roku 2017 Harley zbył blisko 241,5 tysiąca pojazdów – co stanowiło plan minimum. Marka przewiduje, że w tym roku zainteresowanie klientów może być jeszcze mniejsze.

Co w tym kontekście może zrobić elektryczny motor? Przyniesie dwie korzyści. Po pierwsze zwiększy ofertę Harleya, co w oczywisty sposób może się odbić na sprzedaży marki i przyciągnięcie nowych klientów. Tym bardziej, że w salonach pojawi się produkt o niezwykle modnym, ekologicznym napędzie. Po drugie zamieszanie wokoło prac nad motocyklem i później jego prezentacją będą dla firmy darmową formą ogólnoświatowej reklamy. Kontrowersje? Im więcej, tym głośniej będzie się o Harleyu mówiło.

Tagi: elektryczny Harleyelektryczny motocyklHarleyHarley-Davidsonmotocykl
Kuba Brzeziński

Autor Kuba Brzeziński

Czasami racjonalista, czasami pedantyczny wielbiciel abstrakcji. Ceni wolność i niezależność. Niepoprawny miłośnik samochodów, który wierzy, że pod masą śrubek i mechanizmów kryje się dusza. Poza tym dziennikarz - motoryzacyjny oczywiście.

DODAJ KOMENTARZ